Twice upon a time in Anatolia

One September day we went on a quite spontaneous trip to the south of Turkey. Without any hotel reservation, with roughly sketched plan and only the first destination point certain: Fethiye. The road was long and sometimes looked like taken from an American movie: straight and empty, with mountains on the horizon and no human sign in sight. Just we and the wind. Or the air conditioner. We’ve booked the hotel during one of the tea breaks, luckily there was still a choice.
At the end of the journey we were caught by the night and a thunderstorm spectacle was taking place afar. The road became dark and twisting and – judging by some lights seen below – at times we had a slope on one side, but its edge vanished in the murkiness. But after all, on the south the mountains step into the sea.

Pewnego wrześniowego dnia wyruszyliśmy w dość spontaniczną podróż na południe Turcji. Bez rezerwacji hotelowych, z ledwie zarysowanym planem i ustalonym jedynie pierwszym punktem docelowym: Fethiye. Droga była długa i czasem wyglądała, jak wzięta z amerykańskiego filmu: prosta i pusta, z górami na horyzoncie i bez śladu człowieka w zasięgu wzroku. Tylko my i wiatr. Albo klimatyzacja. Hotel zarezerwowaliśmy podczas jednego z postojów na herbatę. Na szczęście było jeszcze w czym wybierać.
Na końcu podróży złapała nas noc, a w oddali rozgrywał się burzowy spektakl. Droga stała się ciemna i kręta, a – wnioskując po światłach widocznych gdzieś w dole – chwilami po jednej stronie mieliśmy zbocze, tyle że jego krawędź ginęła w mroku. No ale w końcu na południu góry schodzą do morza.

 

01

02

03

04

05

06

07

08d

09

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20